Jak oświetlić salon, żeby nie wyglądał jak poczekalnia od dentysty


Wybór lamp do salonu to dla mnie zawsze była walka między tym, co ładne, a tym, co praktyczne. Mieszkam w bloku z lat 60., gdzie salon ma ledwie 18 metrów, a sufit 2,4 metra. Wiesz, jak to jest - chcesz wiszącą lampę z designu, ale boisz się, że będziesz o nią zawadzać głową. Po trzech latach testów, wymian i jednej wizycie elektryka, doszłam do wniosku, że kluczem nie jest jedna efektowna lampa, tylko kilka źródeł światła na różnych wysokościach. Zaczęłam od kinkietów przy kanapie, potem dołożyłam stojącą lampę z regulowanym ramieniem w kącie, a na koniec mały, matowy plafon na środku. I nagle ten sam pokój, który wcześniej wydawał się ciasny i ponury, zaczął oddychać. Właśnie wtedy zrozumiałam, że living room lamps to nie tylko dekoracja, ale narzędzie do zmiany proporji pokoju.
Prawdziwe wyzwanie pojawiło się, gdy nocował u mnie znajomy z Warszawy. Salon jest też sypialnią dla gości, a ja nie mam oddzielnego pokoju. Na co dzień stoją tu dwie lampy podłogowe i mała lampka na regale, ale gdy trzeba stworzyć kąt do spania, światło nagle okazuje się wrogiem. Mój sofa bed ma blado-szarą tapicerkę, która pod bezpośrednim światłem plafonu wygląda jak piżama z lumpeksu. Rozwiązałam to, montując nad kanapą kinkiet z kloszem skierowanym w górę - światło odbija się od sufitu i daje miękką, rozproszoną poświatę. Dzięki temu tapicerka nie krzyczy, a gość ma wrażenie intymności. W dodatku kinkiet zajmuje zero miejsca na podłodze, co przy małym metrażu jest na wagę złota. Zresztą, nie tylko goście korzystają na takim rozwiązaniu - ja sama wieczorem często czytam, siedząc w rogu kanapy, i ten punktowy snop światła nie męczy oczu tak jak górna lampa.
Kolejna rzecz, o której mało kto mówi: lampy a przechowywanie. W małym salonie każdy centymetr jest na wagę, zwłaszcza gdy brakuje szafy na pościel i koce. Mam pod oknem regał z szufladami, a pod kanapą wnękę, ale to wciąż za mało. Dlatego postawiłam na stolik kawowy z półkami, a nad nim zamontowałam żyrandol z trzema kloszami - nie dość, że daje światło do gry w karty, to jeszcze optycznie podnosi niską przestrzeń. Jednak największym game changerem okazało się wstawienie do salonu bed with storage. Takiego z szufladami na materace i pościel, a nie tylko na buty. Nad nim, zamiast standardowej lampki nocnej, powiesiłam długi, regulowany kinkiet na wysięgniku. Działa to tak: kładę się czytać, przekręcam ramię nad głowę i światło pada tylko na książkę. Jak wstaję, odchylam je w bok i nie oślepia przy schylaniu się po koc z szuflady. Przy okazji - ten sam kinkiet służy jako światło do odkurzania pod łóżkiem, bo wysięgnik pozwala mi skierować snop w dół.
A propos spania i gości - kilka miesięcy temu wymieniłam starą wersalkę na porządny pull-out sofa. Mechanizm rozkłada się na płasko, a pod siedziskiem jest skrzynia na poduszki i koce. I tu pojawił się problem z lampą. Stojąca lampa przy kanapie blokowała wysuwanie, więc musiałam ją przenieść w kąt. Zamiast tego zamontowałam nad wezgłowiem (które jest jednocześnie oparciem kanapy) parę małych, obrotowych reflektorów na szynie. Działają jak lampy warsztatowe, ale w wersji salonowej - obracam je w stronę książki, gdy czytam, albo w sufit, gdy oglądamy film. A gdy przyjeżdżają rodzice, ustawiam je tak, żeby oświetlały przejście do łazienki, ale nie raziły w oczy. W porównaniu z poprzednią lampą stojącą, która wiecznie się przewracała przy rozkładaniu, to niebo a ziemia.
Materiały też mają znaczenie, szczególnie jeśli chodzi o to, jak światło odbija się od powierzchni. Mój pull-out sofa ma tapicerkę z grubej tkaniny, ale w salonie stoją też dwa fotele z velvet upholstery. I wiecie co? Aksamit pod światłem wygląda obłędnie - łapie każdy promień i mieni się jak woda. Ale jeśli nad takim fotelem powiesisz ostrą, nieosłoniętą żarówkę, efekt będzie paskudny: miękkie wgniecenie tapicerki stanie się widoczne jak na zdjęciu w rentgenie. Dlatego przy fotelach postawiłam tylko lampy podłogowe z abażurami z tkaniny (len z bawełny, bo tworzywo sztuczne daje zimny poblask). Z kolei stara, dobra lampa stojąca z abażurem z szkła stoi przy regale z książkami - rozprasza światło równomiernie, nie tworzy refleksów na okładkach i nie odbija się w telewizorze. To niby drobiazg, ale gdy wieczorem czytasz, a nie walczysz z cieniem na stronie, robi ogromną różnicę.
W kwestii konkretnych rozwiązań technicznych - rok temu zamontowałam w salonie click-clack mechanism w lampie sufitowej. Wiecie, taka kloszowa lampa, gdzie klosz wciska się na dwa zatrzaski i zmienia się kąt padania światła. Brzmi jak fanaberia, ale ratuje mi tyłek przy sprzątaniu. Gdy trzeba wytrzeć kurz z górnych półek regału, klikam i światło leci prosto na nie. Gdy na kanapie leży rozłożony foam mattress z gościnnego łóżka, przekręcam klosz w drugą stronę, żeby nie razić śpiącego. To banalna konstrukcja, dwa plastikowe zatrzaski, a zmienia funkcjonalność lampy tak bardzo, że zastanawiam się, czemu nie montuje się ich we wszystkich salonowych lampach. Przy okazji - ten sam mechanizm pozwala mi łatwo wymienić żarówkę bez wzywania sąsiada z drabiną.
Przyznaję, że nauka oświetlania living room lamps zajęła mi dobre dwa lata, zanim trafiłam na zestaw, który faktycznie działa. Ale efekt jest taki, że mogę przyjąć sześć osób na herbatę, a za godzinę rozłożyć gościnne łóżko i nikt nie czuje, że śpi w przejściu. Klucz okazał się prosty: kilka punktów światła na różnych wysokościach, z możliwością zmiany kierunku, i materiały, które nie oszukują oczu przy ostrym świetle. Naprawdę, jeśli masz w salonie choćby jeden kąt, gdzie wiecznie zalega mrok, a drugi, gdzie światło bije po oczach - wystarczy zmienić jedną lampę i wszystko się przesuwa. Bez wielkiego remontu, bez kupek kurzu, tylko z nową żarówką i przemyślanym kloszem.
등록된 댓글이 없습니다.